Natura leczy-Florence Williams

czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi, zdrowsi i bardziej kreatywni

Nie od dzisiaj wiadomo, że spędzanie czasu na świeżym powietrzu jest nam potrzebne. Dobrze wiedzieli o tym nasi dziadkowie i rodzice, zachęcając nas w dzieciństwie do zabawy na podwórku. Ale czy każde wyjście z domu ma taki sam pozytywny wpływ na nasze organizmy? Czy dla poprawy zdrowia i samopoczucia wystarczy szybki spacer wokół osiedla, czy raczej konieczna jest wycieczka do miejskiego parku albo kilkugodzinna wyprawa do lasu? Odpowiedzi na to (i wiele innych pytań) dostarcza amerykańska dziennikarka Florence Williams, autorka książki „Natura leczy”.

***

fragment…

Spotkałam się z Miyazakim w najnowszym projektowanym punkcie terapeutycznym w parku narodowym Juniko, położonym na skraju gór Shirakami na północy Japonii. Pacnięciami dłoni opędzał się od komarów atakujących jego twarz i starannie przycięte siwe włosy. W ogóle nie wyglądał na odprężonego. Dopiero co spadł deszcz, Miyazaki martwił się, że szlak może być zbyt błotnisty i nie da się przeprowadzić planowanego doświadczenia z chodzeniem. Kopnięciami usuwał ze ścieżki pojedyncze kamyki i nadzorował rozkładanie osłoniętego siatką i baldachimem minilaboratorium. Następnego dnia rano Miyazaki i Lee mieli przyprowadzić tutaj dwunastu studentów-ochotników i zmierzyć różne życiowe sygnały po tym, jak ochotnicy trochę pochodzili, trochę posiedzieli i ogólnie skorzystali z leśnej kąpieli. Następnie mieli powtórzyć eksperyment w centrum Hirosaki, stutysięcznego miasta oddalonego o dwie godziny drogi samochodem. Miałam wziąć udział w badaniach jako jeden z królików doświadczalnych Miyazakiego.

Po stwierdzeniu, że szlak nadaje się do chodzenia, wróciliśmy do spokojnej restauracji w Hirosaki. Zdjęliśmy buty i usiedliśmy po turecku na podłodze, podczas gdy Miyazaki zamówił i rozdzielił oszałamiającą liczbę potraw obejmujących lepkie jajka, galaretowate kulki i dania łączące owoce morza z mięsem.

– Dlaczego Japończycy tyle myślą o przyrodzie? – zapytałam Miyazakiego, który przygotowywał się do zjedzenia diabła morskiego.
– Amerykanie nie myślą o przyrodzie? – odpowiedział pytaniem. Zastanowiłam się.
– Niektórzy tak, niektórzy nie. – Ale jednocześnie pomyślałam, że zdumiewająco wielu z nas nie myśli o przyrodzie, o czym świadczy tendencja do skracania czasu spędzanego na świeżym powietrzu i coraz mniej spacerów po parku.
– Cóż – zastanowił się – w naszej kulturze natura stanowi część umysłu, ciała i filozofii. W naszej tradycji wszystko zależy od czegoś innego. W myśli Zachodu wszystko jest absolutne.

Może właśnie o to chodziło, ale przestawałam za nim nadążać.

– Różnica tkwi w języku – ciągnął. – Jeśli zapytam cię: „Czy człowiek jest psem?”, odpowiesz: „Nie, człowiek nie jest psem”. W Japonii odpowiadamy: „Tak, człowiek nie jest psem”. – Wielki sensei badań nad naturą spoglądał na mnie badawczo znad pałeczek. Przypomniała mi się opowieść o uczniu zen, który pytał swojego mistrza: „W jaki sposób dostrzegasz tak wiele?”, a ten odpowiadał: „Zamykam oczy”.
Zrozumiałam, że odpowiedź Miyazakiego była jak koan – mamiła i myliła jednocześnie. Trzeba było wierzyć, że ten gość jednak do czegoś zmierza.

Następnego ranka studenci i ja po kolei zasiadaliśmy w przenośnym laboratorium ustawionym na szlaku. Przez dwie minuty trzymaliśmy pod językiem twarde bawełniane walce, a potem wypluwaliśmy je do probówek. Miały umożliwić zmierzenie poziomu kortyzolu, hormonu wytwarzanego w korze nadnercza. Podłączono nas do różnych urządzeń pomiarowych. Zespół aktywował zasilany akumulatorem spektrometr na podczerwień mierzący aktywność mózgu. Po uruchomieniu powodował on uczucie, jakby do czoła przyssały mi się pijawki. Mieliśmy powtórzyć wszystkie te pomiary na końcu spaceru, a potem jeszcze raz, otoczeni miejskim pejzażem.

Aby zmierzyć reakcje fizjologiczne w różnych środowiskach, Miyazaki i Lee badali zmiany ciśnienia krwi, puls, zmienność rytmu zatokowego, poziom kortyzolu w ślinie, a także – w tym roku po raz pierwszy – hemoglobiny w korze przedczołowej. Łącznie wszystkie te pomiary dają pełen obraz naszego rozdwojonego układu nerwowego. Kiedy w swoim środowisku czujemy się swobodni i odprężeni, uruchamia się układ przywspółczulny, czasem nazywany częścią „odpoczynku i trawienia”.Dlatego właśnie jedzenie smakuje lepiej na świeżym powietrzu, wyjaśnia Miyazaki.

Jednak wysiłek i nieustające pobudzenie wynikające z dzisiejszego życia zwykle uruchamiają układ współczulny, który odpowiada za zachowania z kategorii „walcz lub uciekaj”. Uruchamiają go raz za razem. Ponosimy tego konsekwencje: długi szlak badań naukowych, którego początki sięgają lat trzydziestych XX wieku, wykazuje istnienie ludzi z chronicznie wysokim poziomem kortyzolu i wysokim ciśnieniem; są oni bardziej podatni na choroby serca, zaburzenia metabolizmu, demencję i depresję. Nowsze badania wykazują, że ciągły stres związany z życiem w mieście wywołuje w mózgu zmiany, które mogą zwiększyć prawdopodobieństwo schizofrenii, lęków i zaburzeń nastroju.

Kiedy nadeszła moja kolej, z radością wyswobodziłam się z kabli i ruszyłam na piętnastominutowy spacer po lesie. Wśród drzew rozbrzmiewało echo głośnego rytmu cykad. Światło delikatnie przebijało się przez bukowe liście, a japońskie kasztanowce i ziemia pachniały jak zacna wilgotna gleba. Obok przeszła spacerowym krokiem starsza para, wspomagając się kijkami i dzwonkiem do odstraszania niedźwiedzi. Na moment zahipnotyzował mnie żółty motyl. Zobaczyłam na własne oczy, dlaczego Juniko, liściasta sieć szlaków i jezior, jest kandydatem na kolejny punkt leśnej terapii. Lokalnym władzom i kierownictwu parku zależy na takim wyróżnieniu, bo gdzie leśna terapia, tam także turyści i ich jeny. Miyazaki może i ma pewną mistyczną aurę, ale jego motywacja to chęć gromadzenia danych. Wygodny układ.

Japońskie prace na temat fizjologii i mózgu wykorzystują nowe narzędzia do badania mózgu, ale opierają się na dziesięcioleciach psychologicznych pogadanek o korzyściach zdrowotnych płynących z kontaktu z naturą. Miyazaki nie był pierwszą osobą, która mierzyła w naturalnym środowisku fizyczną regenerację po stresie. Pewien młody psycholog, Roger Ulrich, był ciekaw, dlaczego tak wielu kierowców z Michigan decyduje się nadłożyć drogi, żeby dojechać do centrum handlowego ulicą obsadzoną szpalerami drzew. W 1986 roku użył ówczesnego drogiego i nieporęcznego sprzętu, aby podpiąć elektroencefalograf do głów zdrowych ochotników, którzy oglądali przyrodniczą scenerię lub utylitarystyczne miejskie budynki. Uczestnicy badania obserwujący naturę wykazywali większą aktywność fal alfa, częstotliwości kojarzonej z relaksem, medytacją i wyższym poziomem serotoniny. (….)

Mimo pierwszych obiecujących wyników badania mózgu wystawionego na działanie natury skryły się na kilkadziesiąt lat w cieniu. Tematyka ta była uznawana za zbyt „nieścisłą”, bo w większości opartą na środkach jakościowych – w świecie medycyny oślepionym genetyką i nowoczesną chemią oraz finansowanym przez koncerny farmaceutyczne, które nie mogą liczyć na zysk z roślin domowych czy widoku na ogród. Powracające ostatnio zainteresowanie tematem wynika ze zbieżności koncepcji i wydarzeń – niepowstrzymany wzrost otyłości, depresji i lęków (nawet w zamożnych społecznościach i pomimo coraz liczniejszych leków), coraz szersze uznanie wpływu środowiska na geny oraz rosnący niepokój akademicki i kulturowy wywołany coraz większą przepaścią między człowiekiem i światem natury.

Jak można było się spodziewać, moja miejska pielgrzymka nie okazała się tak przyjemna, jak miękki zielony szlak w parku Juniko. Centrum Hirosaki jest o wiele mniej zielone od Waszyngtonu. Są tam stacje przesiadkowe, sklepy z podstawowymi towarami i spieszący się dokądś ludzie. Był sam środek lata, asfalt smażył się w słońcu. Kupujący wbiegali do domu towarowego i z niego wybiegali, a w witrynach sklepów reklamowano „spaghetti z kremem pomidorowym”. Minęłam cztery parkingi, dwa postoje taksówek, dworzec autobusowy i dwa nieruchome autobusy na jałowym biegu wydmuchujące kłęby dymu. Reagował na to mój układ nerwowy. Ciśnienie skurczowe spadło o sześć milimetrów słupa rtęci po spacerze po lesie. Podskoczyło o sześć po spacerze w mieście. W związku z tym oczywiście nasuwa się pytanie, jak długo utrzymuje się pozytywne samopoczucie wywołane przez naturę. Czy niweczy je już pierwszy korek uliczny albo pierwszy dzwonek komórki?

Qing Li, immunolog z departamentu medycyny środowiskowej w Szkole Medycznej Nippon w Tokio, od czasu do czasu współpracujący z Miyazakim, też się nad tym zastanawiał. Interesował się tym, jak wpływ natury na nastrój i stres objawia się w ludzkim układzie odpornościowym. Szczegółowym tematem jego badań były komórki NK, nazywane „naturalnymi zabójcami”, które chronią nas przed czynnikami chorobotwórczymi i podobnie jak kortyzol czy hemoglobina mogą podlegać pomiarom laboratoryjnym. Warto mieć pod ręką ten typ białych krwinek, ponieważ mogą wysyłać komunikaty o samozniszczeniu do guzów i komórek zakażonych wirusem. Od dawna wiadomo, że czynniki takie jak stres, starzenie się czy pestycydy mogą obniżyć liczbę komórek NK, przynajmniej tymczasowo. Jeżeli zatem natura łagodzi stres, zastanawiał się Li, czy może ona także zwiększyć liczbę komórek NK w organizmie i tym samym pomóc w walce z infekcją lub rakiem?

Aby się tego dowiedzieć, w 2008 roku Li zabrał do lasu grupę tokijskich biznesmenów w średnim wieku. Przez trzy dni o poranku spędzali trzy godziny na wędrówkach. Badanie krwi przeprowadzone na zakończenie wykazało wzrost liczby komórek NK o 40 procent. W dodatku wyższy poziom utrzymywał się przez siedem dni. Po miesiącu nadal był o 15 procent wyższy niż przed rozpoczęciem doświadczenia. Natomiast w czasie miejskich spacerów tej samej długości poziom komórek NK nie zmienił się. Od tamtego czasu Li opublikował wyniki podobnych badań z udziałem mężczyzn oraz kobiet w sześciu czasopismach recenzowanych. W ramach jednego z projektów chciał się dowiedzieć, czy półgodzinny wypad do parku miejskiego wywoła podobny skutek, gdyż większość z nas nie może poświęcić trzech dni w tygodniu na spacer po lesie. Owszem, wywołał, ale wzmocnienie odporności nie utrzymało się aż tak długo.

Co się działo? Li podejrzewał drzewa.

A dokładniej – zastanawiał się, czy liczba komórek NK jest zwiększana przez „lotne substancje zapachowe”, znane skądinąd jako przyjemny zapach drzew, a czasami nazywane także fitoncydami. Chodzi o terpeny, pineny, limoneny i pozostałe olejki eteryczne wydzielane przez wiecznie zielone drzewa i inne rośliny. W Japonii naukowcy wykryli ponad sto takich fitoncydów w wiejskim powietrzu, natomiast w miejskim powietrzu poza parkami nie znaleźli prawie żadnego. To nie była jakaś koncepcja wzięta z sufitu. Co najmniej od 2002 roku w badaniach przypisywano korzystne dla zdrowia właściwości takim składnikom gleby jak promieniowce – ludzki nos jest w stanie wykryć je przy stężeniu dziesięciu części na bilion – a w dodatku rzecz jasna zbieramy zarodniki pleśni, z których wytwarzane są najważniejsze antybiotyki, na przykład penicylina.

Gleba może leczyć: w dwóch osobnych eksperymentach przeprowadzonych w Anglii w 2007 i w Stanach Zjednoczonych w 2010 roku myszy, które miały dość szczęścia, by zetknąć się z bakterią glebową Mycobacterium vaccae, lepiej radziły sobie w labiryncie, okazywały mniejszy lęk i wytwarzały więcej serotoniny, neuroprzekaźnika przez wielu naukowców wiązanego ze szczęściem.

W celu zbadania teorii o fitoncydach Li na trzy noce zamknął trzynastu uczestników badania w hotelowych pokojach. W niektórych pomieszczeniach umieścił nawilżacze, które rozpylały olejek z szypułek cyprysika tępołuskowego powszechnie występującego w Japonii; w innych pokojach rozchodził się zapach tanich perfum. Wyniki? U osób nocujących w „cyprysikowych” pokojach liczba komórek NK wzrosła o 20 procent, do tego sami uczestnicy twierdzili, że czują się mniej zmęczeni. W grupie kontrolnej nie odnotowano żadnych zmian.
„To jak cudowny lek” – stwierdził Li, kiedy rozmawialiśmy w jego laboratorium uniwersyteckim w Tokio.

Brzmi to podejrzanie, wręcz niewiarygodnie, że zapachy wiecznie zielonych drzew – wcale nie tak bardzo odległe od choinek dyndających na lusterkach taksówek – mogą wydłużyć nam życie. Li uzyskał jednak podobne wyniki w przypadku komórek NK wystawionych na działanie fitoncydów w szalce Petriego. Komórki rozwijały się, podobnie jak antynowotworowe białka i proteazy zwane granulizyną, granzymami A i B oraz perforyną – powodują one autodestrukcję komórek nowotworowych. Nie wiadomo, czy w cząsteczkach związków aromatycznych jest coś magicznego, czy po prostu zapach poprawia ludziom nastrój, redukując stres. Teoria olfaktoryczna autorstwa Li jest niekonwencjonalna, ale zawiera trochę mądrości pięciu zmysłów w duchu zen. Podczas gdy amerykańscy naukowcy głównie pokazują ludziom zdjęcia przyrody albo każą im zrobić kilka okrążeń wśród zieleni rosnącej na kampusie, japońscy badacze w zasadzie wlewają naturę we wszystkie otwory.
Li, przewodniczący Japońskiego Towarzystwa Medycyny Leśnej, wykorzystuje część swoich spostrzeżeń we własnym życiu. „Tak naprawdę – powiedział – zimą prawie każdej nocy używam nawilżacza z olejkiem cyprysowym!”. Nie trzeba samemu zbierać olejku – według Li zwykłe olejki do aromaterapii dostępne w drogerii powinny działać tak samo.

„Co jeszcze pan poleca?” – zapytałam stojącego przede mną mężczyznę w średnim wieku z włosami obciętymi na pazia.

Li bez wątpienia często słyszy to pytanie. Miał gotową krótką listę. „Jeżeli masz czas na urlop, nie jedź do miasta. Wybierz się na łono natury. Spróbuj wyjeżdżać na weekend raz w miesiącu. Przynajmniej raz w tygodniu wybierz się do parku. Ogrodnictwo też jest dobre. Podczas spaceru w mieście staraj się chodzić pod drzewami, nie na otwartej przestrzeni. Idź do jakiegoś cichego miejsca. Dobrze robi przebywanie w pobliżu wody”.

Oczami wyobraźni widziałam, jak zmieniają się moje poranne spacery po Waszyngtonie.

***

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

ul. Michałowskiego 9/2 Kraków

Dystrybucja tel. 12-631-01-97

e-mail:sprzedaz@wuj.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

4 × dwa =